Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookies w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi.

Zamknij
  • WKS Spiner Częstochowa
Ostatnio dodane zdjęcia:

Katalog: PUCHAR WARTY 2018
dodał: ryba-spin

Katalog: PUCHAR WARTY 2018
dodał: ryba-spin

Katalog: PUCHAR WARTY 2018
dodał: ryba-spin

Katalog: PUCHAR WARTY 2018
dodał: ryba-spin

Katalog: PUCHAR WARTY 2018
dodał: ryba-spin

Katalog: PUCHAR WARTY 2018
dodał: ryba-spin

Wychowałem się wśród potokowców

  Maciej Brudziński 
 artykuł - Magazyn Wędkarski - luty 2001 (61)
 

          Rybą, która odkąd pamiętam była obecna w moim życiu, jest pstrąg potokowy. Jako kilkuletni szkrab obserwowałem, jak mój tata na muchówkę wyciągał pięknie ubarwione ryby spod kamieni górskich potoków w Gorcach. Była połowa lat sześćdziesiątych...

          Przez wiele lat nie wyobrażałem sobie innych wakacji niż w Łopusznej, zawsze połączonych z łowieniem pstrągów i lipieni (przez całe lata mogłem tylko kibicować) i prawdziwkowymi grzybobraniami na gorczańskich polanach. Gdy nieco dorosłem – na tyle, by mieć własną legitymację członkowską PZW i na tyle, by bez większego strachu można było mi powierzyć sprzęt (kij spinningowy, kołowrotek „Forelle” czy meppsy to było nie byle co) – razem z tatą jeździliśmy w różne zakątki Polski – Pasłęka, Brda, Dunajec czy rzeki Suwalszczyzny. Nie byłem oczywiście jako trzynasto – czternastolatek  równorzędnym partnerem, raczej chyba kulą u nogi, niemniej starał mi się tato zaszczepić miłość do tego rodzaju wędkowania – długie godziny przedzierania się przez chaszcze, górki, bagniska często tylko po to, by zobaczyć błysk żółto brązowego cielska, nie zaciętego nie w pory.

          Po śmierci taty przez kilka lat jedyny mój kontakt z wędkarstwem ograniczał się do udziału w memoriale Jego imienia. Dopiero na studiach w Olsztynie...zaszczepiony bakcyl...zaczął ponownie dawać o sobie znać. Niestety, uważając, że zjadłem wszystkie rozumy (przecież uczył mnie Mistrz!), nie miałem okazji jeździć na ryby z naprawdę doskonałymi specjalistami, jacy w tym samym czasie ze mną studiowali. W tym okresie jedynie moje wakacje nad Białą Lądecką wspominam jako w miarę udane wędkarsko – sporo złowionych pstrągów, ale na muchę.
 

          Naprawdę nauczyłem się łowić pstrągi potokowe w Częstochowie, na wspaniałych rzeczkach Jury. Dopracowałem też moją własną metodę, która jest naprawdę całkiem skuteczna i ją właśnie chciałem w niniejszym artykule opisać. Nie uzurpuję sobie absolutnie żadnych praw autorskich do tego rodzaju wędkowania, po prostu stwierdzam, że naprawdę niewielu wędkarzy tak łowi, może więc kogoś przekonam (no tak, będę miał rywala nad wodą, chyba przestanę pisać).

          Przede wszystkim nie znam bardziej nietowarzyskiej metody łowienia ryb niż spinningowanie na małych rzeczkach pstrągowych. Jeżeli ktoś z czytających niniejsze słowa uwielbia wspólne wyprawy w grupie kolegów, długie wymiany zdań i głośne zachowanie, niech lepiej zostanie w domu. Co prawda rzeki naszej części kraju z nielicznymi wyjątkami są tak często „deptane”, że nieaktualne już są nauki mojego ojca typu: „wystraszony pstrąg nie weźmie przez parę godzin”, ale nie zdarzyło mi się połowić przyzwoitych ryb w tłumie. Najczęściej jeżdżę na pstrągi sam, najwyżej z jeszcze jednym samotnikiem. Ponieważ łowię wyłącznie idąc w górę rzeki, więc jadący ze mną kolega chcąc nie chcąc łowi idąc w dół.Wspólne nasze wędkowanie ogranicza się w praktyce do przejazdu samochodem i pary rzutów w okolicy rozpoczęcia połowów.

 

          Najlepsze efekty osiągam na znanych sobie rzekach – po prostu odpada tu element złego podejścia pod dołek. Jest to jeden z...najważniejszych elementów...pstrągowego wędkowania – im mniejsza rzeczka, tym istotniejszy. Z drugiej strony przy podchodzeniu do ryby od dołu rzeki ma się większe szanse pozostać dłużej niezauważonym – pstrąg zawsze „stoi” głową pod prąd. Drugim elementem jest oczywiście odpowiedni rzut. Osobiście nie robi mi specjalnej różnicy, którym brzegiem idę, niemniej celniej chyba rzucam „backhandem”. Pisząc niniejsze słowa doszedłem do wniosku, że po prostu wypracowałem sobie ulubione strony konkretnych odcinków rzek, np. łowiąc na Krztyni w Grabcu idę zawsze prawą stroną, a powyżej Grabca lewą i nie mam pojęcia dlaczego.

          Ale wracajmy do rzutów. O ile rzucając z prądem zwłaszcza na woblera mamy szansę skorygować tor prowadzenia przynęty, o tyle łowiąc tak jak ja pod prąd i to wyłącznie na obrotówki, najwcześniej nie możemy pozwolić sobie na błąd. Jeżeli będziemy prowadzili przynętę do dołu na zakręcie rzeki lub pośrodku jej koryta, po prostu rzucamy nieco powyżej, czekamy, aż blacha opadnie na dno i zaczynamy ją szybko sprowadzać w dół rzeki. Oczywiście szybkość zależy od prądu rzeki, nie mniej nie polecam kołowrotków o przełożeniu mniejszym niż 5,5. Za szybko prowadzona blacha będzie zbyt krótko w zasięgu wzroku ryby, zbyt wolno prowadzona nie będzie pracować – trzeba ją po prostu czuć. Nie jestem w stanie powiedzieć, jaki procent, ale sądzę, że duża część ryb atakuje nagle...ukazującą się blachę...instynktownie, nie mając wcale ochoty na żerowanie. Koledzy wędkarze z niedowierzaniem obserwowali moje zachowanie nad rzeką, powątpiewając w skuteczność tak szybko prowadzonej przynęty – uwierzcie, olbrzymią ilość pstrągów tak złowiłem i to wcale nie małych. Istotna wydaje mi się tutaj wielkość blachy, łowię prawie wyłącznie na dwójki longi, meppsy, czasem na aglie czy comety, jedynek używam na bardzo małych rzeczkach, a miałem już medalowe pstrągi nawet trójki longi. Woblerów nie używam niemal wcale (to brzmi jak świętokradztwo) – myślę, że blachy są ostatnio coraz rzadziej używane, stąd ich skuteczność. Od czasu, gdy udzielam się w zawodach spinningowych i zachorowałem na „jesienne garbuski” w tym roku będę sprawdzać skuteczność paproszków i innych gumek (jako konserwatyście z trudem mi przychodzą zmiany przyzwyczajeń).

          Najtrudniejsze jest w mojej metodzie wyciąganie pstrąga z dołka znajdującego się za drzewem zwalonym w poprzek rzeki. Oczywiście dołek znajduje się prawie zawsze po „mojej” stronie drzewa, niemniej najczęściej bardzo szybko się wypłyca. Należy więc rzucić prawie na drzewo – kilka centymetrów poniżej i liczyć, że w tym miejscu nie odstają żadne niewidoczne przez polaroidy gałęzie, że dno jest czyste.

          Zaczep eliminuje złowienie ryby z tego miejsca. Chyba, że komuś nie zależy na przynęcie, ja wolę sobie odpuścić miejsce (zwłaszcza, że staram się brać jak najmniej blach – wszystkie są na małej rzeczce do wyjęcia, a szkoda zrywać, jak są np. tylko dwie w tym kolorze). Na koniec jeszcze kilka uwag: nie używam żyłki mniejszej niż o,19 – szkoda ryb i nie używam podbieraka. Na małej rzeczce mając spodniobuty wyjmie się praktycznie każdą rybę (chyba, że ma powyżej 70 cm – na takich jeszcze nie próbowałem), a  podbierak tylko zaczepia się o krzaki w najmniej odpowiednich momentach. Oczywiście mając...medalowego pstrąga...na kiju i stojąc na wysokim brzegu, nieco się ryzykuje skacząc do nieznanej wody, żeby go móc wyjąć rękami – ale nigdy nie miałem głębiej niż po pachy. Nie polecam również brodzenia w spodniobutach w styczniu czy lutym – z czasem może się odbić na zdrowiu. Najlepsze efekty w połowach podkowców miałem w marcu i kwietniu, choć w zeszłym roku już 8 stycznia złowiłem takiego 55 cm. W maju i czerwcu skuteczniejsza wydaje się być muchówka (wyrójka jętek), w lipcu i sierpniu stawiałbym obie metody na równi. Jestem ciekaw, czy któryś z kolegów zdecyduje się sięgnąć po obrotówkę i pójść w górę rzeczki na potoka.

                                          Naprawdę warto.

                                                                                Maciej Brudziński.